(Nie)ironicznie o ironii

Dodano: Czerwiec 25 2013 przez admin

Zofia Mitosek, Co z tą ironią?, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2013.

O tym, że najnowsza książka Zofii Mitosek będzie poświęcona ironii, mówiono w kręgach warszawskiej polonistyki (a pewnie nie tylko tam) od dawna. Dla weteranów seminariów i konwersatoriów prowadzonych przez panią profesor, w tym również dla niżej podpisanego, treść wydanej wreszcie przez Słowo/obraz terytoria książki z jednej strony nie jest zaskoczeniem, ponieważ podejmowane w niej problemy i analizowane teksty wielokrotnie pojawiały się na zajęciach, z drugiej strony nie sposób powiedzieć, że Co z tą ironią? to tylko rzetelny zapis badań nad zjawiskiem ironii w literaturze.

Obeznana w praktyce ironicznego pisarstwa (oprócz wieloletniej działalności naukowej Mitosek wydała również prozę artystyczną Pelargonie) pani profesor nieustannie wysyła czytelnikowi autoironiczne sygnały. Szczególnie wtedy, gdy pisze o konieczności wyboru pomiędzy światem jednej lub wielu prawd: „Stoję na rozdrożu. Nie wiem, którą koleinę wybrać. Nie wiem, kogo spotkam” (żartobliwa aluzja do zmieniającej słowniki pod wpływem innych zapoznanych słowników „liberalnej ironistki” Rorty’ego?) albo gdy z teatralną emfazą pomstuje na „błędne koło ironii”, w którym się znajduje: „Co się dzieje z moim zachwytem? I gdzie te epifanie?”. Wprawdzie później precyzuje, że jej „książka jest zbiorem studiów poświęconych obecności ironii w literaturze i filozofii”, uważny czytelnik nie daje jednak tym słowom pełnej wiary. Gdzie indziej przecież Mitosek nazywa ironię „dręczącym ją przedmiotem”, wspomina także o „wieloletniej orce nad ironią”. Podobne, znajdujące się niby na marginesie rozważań autorki, uwagi sugerują, że Co z tą ironią? nie jest wcale suchym „zbiorem studiów”, a za postawionymi na wstępie pytaniami – „Dlaczego ironiści nie mówią wprost? Czy dlatego, że chcą wyśmiać przedmiot swojej wypowiedzi lub jej odbiorcę? Czy aby ukryć własne przekonania? Czy żeby zdemaskować uznane sytuacje i jednoznaczne prawdy? A może po prostu chcą się bawić?” – kryje się refleksja o charakterze nie tylko akademickim.

Punktem wyjścia dla autorki jest wyrastająca z tradycji close reading analiza dzieł literackich i filozoficznych. Badaczka, jak sama przyznaje, uprawia Schleglowską „filologiczną mikrobiologię” – „czuła na szczegół, stara się pozostawać jak najbliżej postaw i tekstów, które wydają jej się ironiczne”. Choć we wstępie nie pojawia się nazwisko Ericha Auerbacha, trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie jego Mimesis stanowi dla Mitosek (gatunkowy?) wzorzec. Podobnie jak słynny filolog, badaczka nie podejmuje się jednoznacznego zdefiniowania analizowanego tematu, preferując raczej chronologiczną przechadzkę po reprezentowanych przez konkretne dzieła epokach, w których fenomen ironii objawia się na swój sposób. Otrzymujemy więc zbiór szkiców, analizujących m.in. Don Kichota Cervantesa, „środkową” twórczość Słowackiego, a także teksty Marksa, Dostojewskiego, Conrada, Nietzschego, Kołakowskiego, Barthesa, Głowackiego czy Tulli. Celem autorki jest odpowiedź na pytanie: „Na czym polega tożsamość ironisty?”. To bodaj główne założenie książki – by z literaturoznawczych analiz wydobyć wymiar antropologiczny ironii. Choć – wbrew temu, co pani profesor, może prowokacyjnie, przyznaje na swoich zajęciach („ja jestem strukturalistką!”) – w większym stopniu niż na tekstach skupia się na ukazaniu sylwetek ich autorów. Jak mówił Roland Barthes? Czy rzeczywiście był „dalekim od ironicznej wyższości”, „pełnym skupienia i mądrej tolerancji w oczach partnerem dialogu”, na jakiego wygląda na fotografii? Tu jednak łatwo wpaść w starą jak świat pułapkę. Badamy autorów czy ich obraz wykreowany w napisanych przez nich tekstach? W zakończeniu eseju o Głowackim autorka przestrzega: „Nie każdy jednak zrozumie, że pochłaniane książki są oparte na geście permanentej parabazy i że samo zdejmowanie masek jest tylko częścią toczącej się w nieskończoność iluzji, której na imię Literatura”. Dlatego ostrożnie z wnioskami.

Ale czasem trudno się oprzeć. We wstępie znajdujemy uwagę, iż „książka stanowi pewną całość” i niewątpliwie jako całość należy ją czytać. Początkowe, tradycyjne analizy stylistyczne (nazwane zresztą przez autorkę „ćwiczeniami ze stylistyki”) stopniowo ustępują miejsca eseistycznym z ducha, nierzadko wręcz lirycznym rozważaniom, uwzględniającym m.in. nieistotny z punktu widzenia ortodoksyjnego strukturalizmu kontekst biograficzny autorów. W obszarze zainteresowań badaczki znajdują się kwestie ewolucji twórczości poszczególnych autorów, recepcja ich prac, pojawiają się rozmaite domysły i dopowiedzenia. Rodzi się pytanie: czym właściwie jest Co z tą ironią? Szkice o walorach naukowych (choćby ten o związkach mowy pozornie zależnej z ironią, przedstawiający dorobek wybitnego, choć zapomnianego badacza przedwojennego, Dawida Hopensztanda) sąsiadują z tekstami wyraźnie eseistycznymi, prezentującymi prywatny pogląd badaczki na literaturę. Jest to więc poświęcone ironii kompendium czy raczej prywatna o ironii opowieść?

Ważną myśl odnajdujemy w szkicu Osobowość ironiczna. Mitosek zestawia tam postać Stawrogina z Biesów z lansowanym przez Richarda Rorty’ego modelem „liberalnej ironistki”, która nieustannie zmienia swoje słowniki (światopoglądy) pod wpływem innych zapoznanych słowników i „nigdy nie jest do końca w stanie traktować siebie poważnie, bowiem cały czas ma świadomość, że słowa, za pomocą których opisuje siebie, podlegają zmianie, stale pamięta o przygodności i kruchości swych finalnych [obecnych – przyp. A. H.] słowników, a przeto i swojej jaźni” (R. Rorty, Przygodność, ironia, solidarność). Zestawienie tych dwóch intelektualnych fikcji, powieści Dostojewskiego i filozofii Rorty’ego, jest dozwolone, jak zauważa badaczka, z uwagi na etyczną orientację neopragmatyzmu. Okazuje się, że bohatera Biesów i „liberalną ironistkę” dzieli naprawdę niewiele, w obydwu przypadkach bowiem postawa ironiczna jest konsekwencją ich nadświadomości. A przecież „liberalna ironistka” jest modelem wyraźnie faworyzowanym przez amerykańskiego filozofa. Co różni ją od Stawrogina, który w trakcie „żywota kpiarza” gwałci dziecko, doprowadza je (a także inne osoby) do śmierci i bawi się uczuciami zakochanych w nim kobiet? Stawrogin był owładnięty „demonem ironii”, „liberalna ironistka” jest skazana na działanie przygodności („ślepego losu”, jak dopowiada autorka). Brak imperatywów moralnych (mówiąc po rortiańsku: brak uznania, że aktualny podmiotowy słownik jest lepszy od innych istniejących słowników) powoduje, że oboje stają się pionkami w rękach niezależnej od nich siły (fatum). A to przecież przypadek dobrze już opisany w słynnych Fragmentach Friedricha Schlegla: „wszędzie, gdzie sami się nie ograniczamy, ogranicza nas świat, przez co stajemy się sługami”. Takim sługą był właśnie Mikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin, „morderca w białych rękawiczkach”.

Wskazanie na etyczne konsekwencje immanentyzacji ironizmu to z pewnością efektowny punkt refleksji autorki, ale przed tym zarzutem Rorty się broni. Bądź co bądź, Amerykanin stworzył model „liberalnej ironistki”, a nie „ironistki” po prostu. Jak się okazuje, „liberalny” człon ogranicza wolność „ironistki”. „Liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą, jakiej się dopuszczamy”, prawi Rorty. Z tej perspektywy patrząc, Stawrogin zdecydowanie liberałem nie był, więc oskarżenie o relatywizm moralny „liberalnej ironistki” trzeba unieważnić. Tylko czy w takim razie posiada ona interesującą nas świadomość ironiczną (czy wątpi we wszelkie opierające się na dogmatach systemy)? Bo czym jest postulat absolutnego unikania okrucieństwa, jeśli nie kolejnym dogmatem? Tu pojawia się najcelniejszy zarzut: chcąc usankcjonować ironiczny model egzystencji, Rorty stworzył w istocie nowy system, opierający się na swoistych imperatywach kategorycznych (inny przykład: „Jeśli zadbamy o wolność, prawda się sama o siebie zatroszczy”). To najbardziej zraża współczesnego ironistę do myśli neopragmatycznej – wychodząc (za dekonstrukcją) od krytyki wszelkich totalnych systemów, neopragmatyści tworzą w efekcie kolejny system, do czego w dodatku uparcie nie chcą się przyznać.

Gdzie zatem współczesny ironista powinien szukać inspiracji? Ważna uwaga znajduje się w szkicu poświęconym Leszkowi Kołakowskiemu. W przeciwieństwie do filozofa, którego zajmują dociekania ontologiczne, profesor filozofii (jakim jest autor Kapłana i błazna) zajmuje się po prostu mówieniem o filozofii. „»Umyka« osobistym zaangażowaniom i deklaracjom; długotrwała obserwacja i »spoufalanie« prowadzą go do tolerancji wobec rozmaitych wizji świata”. Inspiracją takiej postawy była samoświadomość Nietzschego, który unikał autoreferencyjnej pułapki, ponieważ, jak zauważa Mitosek, „sytuował się na poziomie metaopisów, a nie słowników finalnych”. (Na marginesie możemy dodać, że ta strategia jest bardzo bliska również samej profesor Mitosek. Wszak na zajęciach poświęconych powieści – które prowadzi, jak sama przyznaje, „od wieków” – najchętniej z uśmiechem przysłuchuje się prowadzonym dyskusjom, a jeśli już włącza się do sporu, przyjmuje postawę dialektyczną, nie zaś dogmatyczną, właściwom kapłanom. W końcu „nie tyle chodzi o świat, ile o odsłanianie nierozwiązywalnych antynomii, kryjących się w postawach wobec tego świata”.)

Ale postawa „profesora filozofii” („profesora literatury”) jest zasadna jedynie w kontekście działalności akademickiej, a przecież nie o metodologię, tylko o antropologię tutaj chodzi. Mitosek konstatuje, że Kołakowski, „odrzucając utopijne i metafizyczne rozwiązania filozoficzne, nie może odrzucić ludzkiej potrzeby, jaką jest szukanie transcendentalnych gwarancji dla porządku świata”. Zestawiając go z Derridą, badaczka wskazuje na paralelę pomiędzy dwoma wieloletnimi głosicielami pluralizmu i tolerancji, którzy u kresu swego życia poświęcają uwagę refleksjom w zasadzie religijnym (Derrida bada pojęcie mesjańskości, Kołakowski – profetyzmu). Nie oznacza to jednak, że autor Głównych nurtów marksizmu, zdeklarowany „błazen”, na łożu śmierci przeistoczył się w „kapłana”. Jego świadomość ironiczna była do końca zbudowana na niepewności – „zamiast irenicznych »zaokrągleń«, zamiast ostrza krytyki, zamiast pozycji »meta« [Kołakowski – przyp. A. H.] wybiera niepewność, która nadaje jego pracom status performatywów”.

Powyższa uwaga jest w zakończeniu szkicu o Kołakowskim zestawiona z fragmentem Traktatu teologicznego Czesława Miłosza („błazna”, który później przeistoczył się w „kapłana”): „Nie jestem i nie chcę być posiadaczem prawdy./ W sam raz dla mnie wędrowanie po obrzeżach herezji./ Żeby uniknąć tego, co nazywają spokojem wiary,/ A co jest po prostu samozadowoleniem”. W tych słowach ujawnia się być może klucz do zrozumienia doli ironisty: jest nią konieczność ciągłego obierania negatywnych punktów odniesienia. W zakończeniu ostatniego szkicu pani profesor powołuje się na konstatację Fichtego, który zauważył, że aby „ja” mogło się realizować, musi stanąć wobec „nie-ja”. „»Ja« żyje z tego oporu: gdy »nie-ja« się kurczy, dla »ja« pozostaje życie w wyobraźni”. I własnymi słowami dopowiada: „Literatura bez oporu »nie-ja« umiera. Świadomość ironiczna ją zabija”. Uważny czytelnik zauważy jednak, że nie tylko o literaturę ironiczną tutaj chodzi, ale o ironiczny podmiot w ogóle. Bo nawet jeśli ów podmiot ominie pułapkę antydogmatycznego dogmatyzmu (casus Rorty’ego), będzie mu wciąż zagrażać druga, być może gorsza, skrajność – może się rozpłynąć w oceanie prywatnych idiosynkrazji, przez co stanie się „wielopoziomowym, abstrakcyjnym bytem”, z którego „z wolna uchodzi życie”. Pośrednia droga jest jednak, zdaniem profesor Mitosek, możliwa. W jednym ze szkiców czytamy: „między pozorną bezstronnością rozumu a żarliwym fanatyzmem wierzących jest miejsce (tertium datur) na zdystansowaną, chociaż podszytą nostalgią refleksję”.

Co z tą ironią? wieńczy swoisty aneks zatytułowany: To nie jest słownik. Analogicznie, jak w przypadku jednego z obrazów René Magritte’a, wbrew kategorycznej zapowiedzi czytelnik otrzymuje właśnie rodzaj słownika ironii, podzielony na ujęcia antropologiczne, historyczne i porównawcze. To, wraz z cennym zbiorem bibliograficznym, czyni książkę Mitosek pozycją niezbędną dla każdego badacza ironii. Przy czym o jej wartości na tle innych (szczególnie współczesnych) ujęć teoretycznych zaświadcza przede wszystkim fakt, że autorka – eksplorując m.in. antropologiczny i etyczny wymiar ironizmu – nie przestaje być filologiem. Dzięki temu jej książka – choć porusza problemy o dużym stopniu abstrakcji – zachowuje spójność wywodu i nie epatuje gongorystycznymi chwytami tam, gdzie najłatwiej o zagubienie właściwego przedmiotu refleksji.

Artur Hellich


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044