Apokryf z happy endem

Dodano: Czerwiec 5 2013 przez admin

J. M. Coetzee, Dzieciństwo Jezusa, przeł. Mieczysław Godyń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

John Maxwell Coetzee w nawiązującym do Nowego Testamentu Dzieciństwie Jezusa pokazuje wiele elementów swojej prozy, które do tej pory były jedynie obszarem domniemywań interpretacyjnych. Upadek, hańba, upodlenie – ta tematyka towarzyszyła południowoafrykańskiemu autorowi niemal od zawsze. Tu – nieśmiało wymawia się słowo „zbawienie”.

Początek opowieści serwowanej przez noblistę jest niezwykły – nie zostają podane żadne ramy czasowe; wydarzenia wydają się wyrwane z geograficznego kontekstu. Może to sugerować czytelnikowi pragnienie przedstawienia świata lub przestrzeni bardziej uniwersalnych. Mimo iż poczucie poniżenia i nostalgii są doświadczeniami wspólnymi dla całej ludzkości, to ich pochodne wciąż jest trudne do zaakceptowania.

Dwóch bohaterów – Simon i David – dopiero co postawiło stopę w porcie. Są uchodźcami, przybyli z miejsca, z którym wiążą ich wspomnienia, jednak nie są one do końca jasne. Wpadają prosto w tryby administracji – jako żywo przypominającej tę opisaną w Procesie Kafki. Dwóch ludzi, do tej pory obcych sobie, musi wspólnie stawić czoła nieznanemu. Zwłaszcza, że to „nieznane” nadaje im nowe imiona – te, pod którymi poznają ich czytelnicy, nie są tymi, pod którymi figurowali nim wsiedli na statek.

David – wyglądający na pięciolatka i Simon – mający „na oko” cztery dekady więcej, zostają wzięci za ojca i syna. I mimo że obaj są świadomi tego, że nie łączą ich żadne więzy krwi, to jednak zawiązuje się między nimi nić przyjaźni. Bliskość ta ewoluuje w wyrażeniach, jakie pojawiają się w ustach bohaterów – od relacji opieki i upartego przeczenia rodzicielstwu Simon ostrożnie przechodzi do określeń nacechowanych emocjonalnie, by wreszcie nazywać siebie samego „ojcem chrzestnym” chłopca.

Rola, jaką sobie przypisuje, jest faktyczna – jest on świadkiem nadania imienia podopiecznemu. Bohaterzy zostają nazwani na nowo w momencie zejścia na nowy ląd; obaj mają świadomość, że nadane im imiona nie są tymi, które noszą. Ponieważ jednak nie pamiętają tych „właściwych” imion, przyjmują te, które nadaje im urzędnik emigracyjny; w ten sposób stają się dla siebie rodzicami chrzestnymi. Coetzee sięga po mocno utrwaloną w tradycji judaistycznej kwestię nazywania – ten, kogo imię jest znane, jest nam bliski. Tu – ojciec chrzestny, świadek nadania imienia, opiekuje się swoim podopiecznym. A że obaj otrzymali imię w tym samym momencie – są za siebie odpowiedzieli w dwójnasób.

Trzymając się tej tematyki, warto wspomnieć o osadzeniu kulturowym i biblijnym imion bohaterów. Młodszy nosi imię króla Izraela, który – nim stał się królem – pokonał Goliata za pomocą procy. Starszy nazywa się tak, jak człowiek, który pomógł nieść krzyż Chrystusowi w drodze na Golgotę (Szymon z Cyreny), ale też to imię nosił prze-chrzczony przez Jezusa Piotr (Szymon Piotr). Te konotacje nie są przypadkowe, odsyłają do konkretnego uniwersum symbolicznego, co siłą rzeczy musi zaważyć na  interpretacji książki. Zwłaszcza, że podobną tematykę poruszył nie tak dawno w swojej (dosyć mocno krytykowanej) encyklice Benedykt XVI; a polski tytuł tejże jest zadziwiająco podobny do tytułu powieści południowoafrykańskiego noblisty.

Borykając się z problemami nowej rzeczywistości, bohaterowie zbliżają się do siebie – starszy czuje się odpowiedzialny za młodszego; młodszy chce bezpieczeństwa starszego. Simon znajduje po perturbacjach pracę w dokach. Co jednak go zaskakuje – ciężka praca fizyczna przynosi mu znaczące zyski. Współpracownicy, miast być opryskliwymi dla nowego, stają się jego najbliższymi i najbardziej oddanymi przyjaciółmi.

Mimo otwartości na dwóch nowych członków społeczności, przybysze nie czują się tu dobrze. Simon wciąż ma wrażenie, że porusza się w systemie znaczeń przystającym zaledwie na kilku płaszczyznach do tego, do którego przywykł. Różnica ta wyklucza ironię – ważną dla mieszkańców świata, z którego bohaterowie przybyli, jednak nierozumianą w nowym systemie wyrażania. Zderzenie dwóch struktur znaczeń – przepełnionej przekazem niedosłownym i dosłownej – powoduje wiele sytuacji, w których znalezienie wspólnego mianownika z rozmówcami staje się dla starszego bohatera niemożliwe.

Prostota języka idzie w parze z prostotą egzystencji – bohaterowie podchodzą do rzeczywistości z zadziwiającą prostodusznością. Skupiają się na zdobyciu środków do życia, nie myślą o bogaceniu się; chcą mieć tyle, ile im jest potrzebne do przeżycia. Taka stoicka postawa wywołuje szok u bohatera – jako poprzedni świat kojarzy on nasz świat, przez co postawy miejscowych są dla niego nie do pomyślenia.

Warstwa fabularna książki wydaje się jednak mniej istotna. Najważniejsze, a wręcz przełomowe w twórczości noblisty, jest zamknięcie pewnego wątku. W swoich książkach przedstawiał on bohaterów na skraju rozpaczy, dotykanych konsekwencjami swoich czynów; postacie, które uchwycone w momencie upadku, nie przestają spadać, nie jest im dane dotknięcie dna i spotkanie z łaską. Gdy po dosyć poważnym wypadku, Dawid pyta swojego opiekuna o to, jak to jest spadać, ten mu opowiada o przerażeniu połączonym z pasją. Ten stan, do tej pory charakterystyczny dla powieści południowoafrykańskiego pisarza, został tu zreinterpretowany. Pojawia się w nim nowe uczucie – dotknięcie dna. W koncepcji melancholii Marka Bieńczyka jest to forma spotkania łaski. W książce pojawia się nadzieja, nowa szansa, której inni, powołani do życia przez autora Hańby, nie mieli.

Niemniej ciekawą kwestią jest konstrukcja świata przedstawionego. Wszystko dzieje się w dziwnym zawieszeniu; przestrzeń, w jakiej rozgrywa się akcja, jest oderwana od znanej nam rzeczywistości. Bohaterowie przybywają skądś, jednak do końca nie mogą określić skąd. Rzeczywistość wymaga od nich adaptacji, ale zarazem przewartościowania dotychczasowych postaw. Bo tylko te im pozostają po tym, co zostawili, przechodząc przez trap prowadzący na nabrzeże świata nowych zasad. Wspomnienia znikają jak kartka, którą miał podobno kiedyś na szyi Dawid, a na której wypisane było imię jego matki; funkcjonują jako bliżej nieokreślone formy, z których nie da się już niczego odczytać.

Wpadając w tryby administracji, bohaterowie muszą się jej pokornie poddać, dać złamać, by w końcu zostać dopuszczonymi do funkcjonowania w grupie. Dopiero to daje im szansę na włączenie w obręb społeczeństwa. W nim dokonuje się pewne oczyszczenie ze starych przywar i nawyków. Dawid początkowo otwarcie sprzeciwia się zastanemu ładowi, nie chce się podporządkować światu, w którym panują twardo ustalone zasady. Sprzeciwia się – do momentu, gdy dostrzega, że za tą twardą zbroją reguł kryje się najrozsądniej rozumiany, nieco utopijny wprawdzie, ale jednak – humanizm. Podporządkowanie się regułom ponownie odbija się na języku i werbalizacji rozumianych reguł – Dawid, zaczynając rozumieć świat, w którym wartością są praca i więzi rodzinne, zmienia swoje podejście do zastanego ładu. Widać to najbardziej w jego reakcjach gastronomicznych – początkowo oburza się, że nie może dostać do jedzenia niczego poza chlebem, który, według niego, nie zapewnia dobrego wyżywienia. Czytelnik może zauważyć przemianę, gdy ten sam Simon, pracując przy noszeniu worków ze zbożem, zaczyna rozumieć niemal metafizyczny wymiar pracy z ziarnem, które stanie się pożywieniem. Poddając się układającym na jego grzbiecie ziarnom, odczuwa – mimo ogromnego wysiłku – swoistą przyjemność płynącą z ciężkiej pracy fizycznej.

Krainę, do której trafiają bohaterowie, można nazwać swoistym czyśćcem. Nie znamy ich przeszłości, ale wiemy, że poszukują pokoju. Są emigrantami, więc coś musiało się stać „po drugiej stronie morza”. Zachodzi w nich przemiana, która prowadzi do zasymilowania się w społeczeństwie. Z drugiej strony Coetzee przedstawia niezwykle ironiczną wizję czyśćca jako miejsca, w którym każdy robiąc swoje, dochodzi do ładu z samym sobą.

Dzieciństwo Jezusa to jednak też książka o groźbie „przygłaskania” dziecka, niebezpieczeństwach, jakie idą za pojawiającym się u rodziców przeświadczeniem o genialności swojej latorośli, swoisty traktat o wychowaniu. Simon wie, że nie jest ojcem Dawida, ma jednak poczucie misji – to wiedzie go do odnalezienia matki chłopca. Jest przekonany, że gdy tylko ją zobaczy, będzie wiedział, że to ona. I faktycznie, dostrzega ją. W miejscu, do którego wiedzie go intuicja. Inez nie wie, co ma zrobić z człowiekiem, który mówi jej, że jest matką tego oto dziecka. Kobieta reprezentuje grupę zblazowanych przedstawicieli zblazowanej klasy zamożnej w świecie przedstawionym powieści. Przychyla się do przeczucia Simona, a zarazem widzi w Dawidzie szansę na odmianę swego nudnego życia. Opiekun oddaje dziecko pod opiekę kobiecie, która jawi mu się jako jego matka; czując, że jego misja się skończyła, usuwa się z jego życia.

Kobieta traktuje pięciolatka jak niemowlę – wozi go w wózku, pozwala mu na wszystko i nie stawiając żadnych ograniczeń, sprawia, że mądry i cierpliwy chłopiec w krótkim czasie przemienia się w rozpieszczonego jedynaka o wysokim poczuciu własnej wartości. Dziecko szybko zauważa, że może układać rzeczywistość tak, jak chce, i nikt, może poza nieobecnym Simonem, nie może mu w tym przeszkodzić. Bohater ten krąży nieprzerwanie na orbicie nowo utworzonej rodziny, jednak czuje on jedynie przywiązanie do chłopca, którym opiekował się przez jakiś czas. Młoda kobieta, nieporadna w kwestiach wychowawczych, sprawia, że jej podopieczny staje się nieznośny. Nie panuje nad nim, a co gorsza – staje się jego marionetką. Coetzee umieszcza w swojej książce, nie pierwszy zresztą raz, elementy dydaktyczne. Chce uczyć czytelników, ale robi to w sposób niezwykle subtelny. Pokazuje przykłady, jednak nie opatruje ich komentarzem. Sugestywność przytoczonych sytuacji jest na tyle duża, że nie pozostawia czytelnikowi zbyt wiele pola do interpretacji. W Dzieciństwie Jezusa autor tworzy krótki, literacki traktat o wychowaniu liberalnym i rodzinach patchworkowych (w poprzednich powieściach pisał między innymi o zwierzętach, romansie czy o niemoralnym prowadzeniu się). Brak tu jednak pozorów moralizatorstwa. Autor pokazuje rozwiązanie problemu, które następnie zaczyna „wcielać w życie”. Jest to o tyle niespodziane, o ile nietypowe dla jego prozy.

Gdyby wyłączyć z tekstu tytuł, to książka mogłaby zostać odebrana inaczej. Pojawienie się postaci małoletniego chłopca, wyjątkowego i zdającego się mieć jakiś dziwny kontakt z „nieznanym” i „niepojętym”, jednoznacznie odwołuje się do wspomnianej już tradycji judeochrześcijańskiej. Dziwne wyliczanki bohatera sprawiają wrażenie jakiegoś tajemniczego przekazu, zrozumiałego tylko dla niego. Formuła „wybrańca bożego” realizuje się w tu w pełnym zakresie – dziecko jest w tym świecie centralnym elementem, ma poczucie władzy, jednak nie jest ono jedynym. Coetzee wychwytuje trudno dostrzegalny moment przejęcia władzy przez dziecko. Wkłada w to elementy psychologii rozwojowej (dzieci w okresie około 4-6 lat cierpią na manię zmyślania), okrasza niewerbalizowaną umiejętnością wchodzenia w skomplikowane relacje społeczne małoletnich i na koniec umieszcza wisienkę na torcie, czyli zielone światło dla wszystkich działań dziecka. Takie danie, serwowane przez autora, jest wysoce niestrawne dla żołądka czytelniczego (empatii i ośrodka zwanego mózgiem), ale wielce smakowite dla podniebienia (czyli elementu zwanego estetyką). W sposób lekki językowo, acz ciężki w treści, Coetzee ukazuje coś pozornie oczywistego (liberalne wychowanie złe dla dziecka być może), jednak w sposób, w jaki nie byłby w stanie tego przekazać żaden pedagog.

Mimo iż niewielki świat opisany przez Noblistę ociera się o przemiany, to niezwykle ważna jest w nim stałość. Ta jest wsparta głównie na pracy i umiejętności przetrawienia rzeczywistości, która niekoniecznie jest otwarta na zmiany. Forsowanie ładu budzi chaos, a istotą funkcjonowania w tej hermetycznej społeczności jest dążenie do harmonii z innymi mieszkańcami i samym sobą. Na przykładzie Simona autor pokazuje niezwykłą rolę, jaką praca pełni w życiu człowieka – zwłaszcza niedoceniana praca fizyczna. Gdy bohater zaczyna, niejako z przymusu, pracę w doku jako tragarz, podchodzi do niej jak do zbędnego przymusu. Jednak z czasem dostrzega sens swoich działań. Dzięki pracy bowiem może się utrzymać. Wszelkie usprawnienia tejże wprowadzają nieład i mogą prowadzić do utraty źródła zarobku przez osoby, dla których to zajęcie jest głównym źródłem utrzymania. Nosząc zboże potrzebne do produkcji chleba, sami na niego zarabiają.

Ta postawa, stanowiąca jedną płaszczyznę książki, jest wzorem socjalizacji, jaką przejść winni bohaterowie. Problem pojawia się, gdy niektórzy z nich nie chcą się dostosować do panujących zasad. „Zastają się w swojej formie”, jakby to stwierdził Słowacki, i dążą jedynie do własnej wygody. Czy dla Inez wyrwaniem z takiego stanu odrętwienia był Dawid? Czy inny przybysz zza morza – Dago/Daga – który podejmuje w pewnym momencie pracę w porcie, a nie chce przystosować się do panujących reguł, przypomina nowo odnalezionej matce o łatwości życia bez powołania do samodoskonalenia?

Lektura Dzieciństwa Jezusa dokonująca się jedynie na płaszczyźnie interpretacji opartej o tytuł jest dla tej książki hańbiąca. Pomija się w niej najważniejsze akcenty opowieści, przekaz, jaki Coetzee wprowadził między wierszami, ale i pewne przełamanie w jego twórczości. Oto bowiem, mili czytelnicy, pierwsza powieść autora dwojga imion, w której pojawia się nadzieja na zakończenie. I to, najprawdopodobniej, szczęśliwe. Strach się bać, co będzie dalej.

Bartosz Raducha


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044