Poeta leżący w łóżku

Dodano: Wrzesień 23 2012 przez admin

Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012. 

Tadeusz Sobolewski, Człowiek Miron, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

Jak najłatwiej oswoić trudnego w odbiorze artystę? Przypisać go do jakiejś kategorii. Tak stało się z Białoszewskim – został upchnięty w szufladkach „poeta osobny”, „poezja lingwistyczna”, „piewca codzienności”, Pamiętnik z powstania warszawskiego, „szaranagajama”, w końcu „homoseksualista” i „narkoman”. Czytelnik ma wszelkie przesłanki, by zapomnieć, że obcuje z człowiekiem z krwi i kości.

Tajny dziennik Białoszewskiego i Człowiek Miron Sobolewskiego ukazały się tego samego dnia. Zestawione razem wyglądają jak podręcznik i zeszyt ćwiczeń, jakby w założeniu Sobolewski miał stanowić klucz do właściwego odczytania tekstu właściwego, czyli prowadzonych od 1975 do 1983 roku zapisków Mirona. Czy rzeczywiście? I tak i nie, gdyż dziennik jest tak naładowany przypisami (na niektórych stronach stosunek przypisów do tekstu właściwego to jak cztery do jednego), że właściwie broni się sam. Sobolewski jest tu trochę jak chór grecki, kontrapunktujący słowa głównego bohatera dramatu.

Jakiż więc portret autora Rozprawy o stolikowych baranach wyłania się z jego własnych zapisków? Przede wszystkim zwierzęcia towarzyskiego. Poeta osobny swą osobność celebruje w znacznym, choć ściśle wyselekcjonowanym gronie. Grono jest od Mirona sporo młodsze, część to studenci zafascynowani człowiekiem, który w ponurym PRL-u żyje tak, jak nie odważyliby się żyć ich rodzice. Przypomina tu trochę Tyrmanda, któremu w latach 50., za czasów głębokiego stalinizmu, udało się usunąć poza główny nurt życia politycznego, pozostając jednocześnie bon vivantem i duszą towarzystwa, który brakiem możliwości publikacji zapłacił za swoje bikiniarskie skarpetki. Tyrmand w wielu kręgach był podziwiany, choć prawdopodobnie nikt nie chciałby się z nim zamienić.

Zawartość dziennika może zaskoczyć – to w dużej mierze zbiór plotek i ploteczek, drobne zdarzenia, zapisy przekomarzanek między znajomymi, kolektywne i indywidualne obgadywanie tych i owych. To także opisy Warszawy, Skopje, Nowego Jorku, mieszkań na Hożej, na Lesznie czy na Pradze. I oczywiście mieszkań Białoszewskiego: przy Placu Dąbrowskiego 7 i na Chamowie (tę niechlubną nazwę zyskała Saska Kępa), gdzie Miron zmuszony był przeprowadzić się w 1976 roku. Zwłaszcza mieszkanie przy Placu Dąbrowskiego miało w sobie mistykę. Widziane oczami Tadeusza Sobolewskiego: „Zagęszczenie przedmiotów stojących przy ścianach wydłużało perspektywę. Pokój miał w sobie coś z rupieciarni i coś z zakrystii. Obrazy jego przyjaciela i współlokatora Leszka Solińskiego stały oparte płótnem do ściany, jeden na drugim. Zapach dymu papierosowego miał stężenie kadzidła. Ściany były poczerniałe od świec”. W tym mieszkaniu Miron spędzał czas, pisząc, funkcjonując na opak, śpiąc w dzień i żyjąc w nocy, tam słuchał muzyki i przyjmował gości. To tu odbywały się ostatnie przedstawienia Teatru Osobnego, założonego jeszcze w mieszkaniu przy Tarczyńskiej. Tutaj Miron, poeta-leżący-w-łóżku, przyjmował znajomych – Leszek Soliński widząc zgromadzoną u stóp łóżka grupę skomentował to słowami „maciora z prosiętami”.

Zapiski Białoszewskiego uderzają prostotą. To zapisy codziennych zdarzeń, rzeczy pozornie bez znaczenia, które przefiltrowane przez szczególny sposób pisania Mirona nabierają niesamowitego wydźwięku. To język dobrze znany z twórczości poety – enigmatyczny, niejednoznaczny, splątany w girlandy ułomnych zdań. Momentami, gdyby zapomnieć na chwilę, kto jest autorem, można by dojść do wniosku, że to dość banalne opisy życia typowego mieszkańca Warszawy. Bary mleczne, problemy miłosne Maliny, problemy z farbowaniem worków przeznaczonych na kostiumy dla aktorów, lakierowanie podłogi, Roma – pielęgniarka dyplomowana, kotka nazwana na cześć Poli Negri. Ale z drugiej strony nogi Haliny nad Nilem, chińska dzielnica w Nowym Jorku, telefoniczne rozmowy z Miłoszem, pornokina na Manhattanie, Polacy w Macedonii, modlitwa w meczecie. Ważne były też sny. Sny mogły być erotyczne lub sakralne. Czasami takie i takie. Śnili mu się zmarli znajomi, jak Agnieszka, i nieznajomi, symbolizujący, być może, erotyczne niespełnienie. Sny były ważne tak samo, jak plotki. Przez dziewięćset stron ciągną się smakowite dialogi, w których Kicia Kocia powierza sekrety, ktoś narzeka na Anulę, obgadują Berberę, że głupia, domniemują, kto się w kim kocha. Miron i baby plotkujące. Białoszewski jest centralnym punktem tego kręgu, jednocześnie jednak widać jego wycofanie, nawet w znajomym gronie stoi na uboczu, obserwując raczej niż napędzając zdarzenia. Przynosząc sąsiadce wojłok, by wyciszyć pracę jej maszyny, zostawia go pod drzwiami z karteczką, „bo [jak stwierdził] unikam osobistego kontaktu jako niepotrzebnej straty energii”.

Gdzieś w tle dzieje się Historia, przyjeżdża Papież, wprowadzają stan wojenny, w kościele odbywa się głodówka protestacyjna. Na pierwszym planie pozostaje jednak to, co najbliższe, codzienne, a Miron więcej miejsca w dzienniku poświęca kotu Eskich (Anny i Tadeusza Sobolewskich), którym opiekuje się pod ich nieobecność na Chłodnej niż sytuacji politycznej w 1977 roku. Równie niewiele miejsca zajmuje to, co najbardziej ekscytowało ludzi zarówno wówczas, jak i dziś – homoseksualizm poety. Erotyka u Białoszewskiego objawia się w snach i obserwacjach, takich jak opis pornokina w Nowym Jorku, ale na temat własnych relacji z mężczyznami autor milczy. W dzienniku występuje oczywiście postać Le. So., Leszka Solińskiego, który był wieloletnim partnerem Mirona i dzielił z nim mieszkanie przy Placu Dąbrowskiego, ale pojawia się na tych samych warunkach, co reszta postaci. Białoszewski powściągliwie pisał o swoich związkach, wspomina tylko lakonicznie czasy, gdy był nastolatkiem i zastanawiał się, czy to dziwne pragnienie kiedyś w nim wygaśnie. Z powodu homoseksualizmu został zresztą wyrzucony ze „Świata Młodych” w 1951 roku – potem już nigdy nie znalazł stałego zatrudnienia. Pojawia się również bardzo ważna postać Ludwika Heringa – człowieka, który Białoszewskiego stworzył jako artystę. Ta relacja była czysto intelektualna, ale kto wie, czy nie wywarła na Mironie jeszcze większego wpływu niż związek z Leszkiem.

Książka Sobolewskiego ma być wspomnieniem o Mironie, ale także swego rodzaju erratą do biografii, ułatwiającą wniknięcie w palimpsestowy tekst dziennika. Sobolewski opisuje swoją fascynację Białoszewskim, fascynację pomieszaną z buntem przeciwko „Mironkowi demonkowi”, czerpiącemu energię z otaczającego go towarzystwa, zmiennego i kapryśnego. Ale jednocześnie dającego poczucie stałości, wyjątkowości. To zbliżało i cementowało więź, która przekształciła się z czasem w grupę wsparcia, opiekującą się słabnącym Białoszewskim, zmagającym się z chorobą serca po zawale, który przeżył w 1976 roku – tym samym, w którym zmuszony został opuścić mieszkanie przy Placu Dąbrowskiego, co bardzo boleśnie odczuł. Anonimowy mrówkowiec na blokowisku wydawał się przytłaczający. W dodatku wielu znajomych miało mu za złe tę przeprowadzkę:

„Roman wpadł w jeden ze swoich ulubionych tematów.
– Miron powinien mieszkać w Śródmieściu. Należy mu się to.
– No tak.
– On mógł wyrzucić Leszka.
– Ee, siłą?
– Siłą.
– Ale to nie Miron.
– Ale można było. Zasadniczo to Leszek powinien się przeprowadzić.
– No, to to wiadomo.
– Ha ha ha… Pewnie”.

Dochodziły problemy ze zdrowiem. Opisy peregrynacji po szpitalach i przychodniach jak żywo przypominają dzisiejsze przejścia ze służbą zdrowia. Białoszewski, jak wzór kronikarza, notuje wszystko, każde wydarzenie traktując jak potencjalny materiał. Autobusowe i sklepowe rozmowy z babami w chustach są tak samo ważne, jak rozmyślania o Bogu i śmierci, jak analizy podłego charakteru dalszego znajomego, jak historyczne anegdoty o rosyjskich carach i Stalinie.

Sobolewski, którego we wspomnieniach poety poznajemy jako młodzieniaszka, adepta zafascynowanego swym mistrzem, nigdy właściwie z tej pozycji nie schodzi. Jego punkt widzenia jest cenny, gdyż odkrywa to, czego sam Białoszewski nie mówi lub przynajmniej nie mówi wprost. Porządkuje fakty, odsłania karty, analizuje twórczość Mirona i jest to rzetelna analiza, pisana z perspektywy trzynastoletniej znajomości. Przedstawia autora Dziennika z kilku różnych stron, właściwie pokazuje kilku Białoszewskich na raz – można wybrać ulubionego, choć trzeba mieć świadomość, że tak naprawdę nie da się oddzielić jednego od reszty. Jako naoczny świadek i uczestnik wydarzeń opisanych w dzienniku jest tym, który kontrapunktuje i urealnia to, o czym Białoszewski tak pięknie pisze. Brakuje jednak trochę analizy krytycznej, choćby nieśmiałej próby polemiki. Prawdopodobnie wchodzi tu w grę sentyment i bliski związek z opisywaną osobą, ale szkoda, że Sobolewski pod tym jednym względem uczynił swoją książkę nieco zbyt jednostronną.

Tajny dziennik kończy się listami do Eumenid (trzech przyjaciółek – historyczek literatury: Małgorzaty Baranowskiej, Marii Janion i Marii Żmigrodzkiej). Miron opisuje szpitalną rzeczywistość, do końca pogodny i chyba pogodzony z losem. Przesyła wierszyki i mnoży anegdoty, najpierw ze Szpitala Grochowskiego, później z sanatorium w Aninie. Ma już świadomość odchodzenia, choć jak skazaniec, stara się kupić sobie więcej czasu. W jednym z ostatnich listów pisze: „dwa płaty (w lewym i prawym płucu) nieczynne. Serca tylko część. No, dobra jest. Co się da, to się da”.

Joanna Gajek


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044