Gdy Dostojewski ustępuje Heglowi

Dodano: Luty 17 2012 przez admin

Robert Krasowski, Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy. Historia III RP, tom I, lata 1989–1995, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012.

Rozmach przedsięwzięcia Roberta Krasowskiego bardzo mi imponuje. Jako licealista czytanie jego wariackiego projektu – „Europy”, romantycznego wytrycha w świecie globalnych korporacji medialnych, zaczynałem od końca, czyli od poezji. Nie poezja jednak, lecz żarliwe debaty polityczne i podbudowana gruntowną erudycją publicystyka nadawały ton temu tytułowi, co znalazło odzwierciedlenie w niedawnym, niestety krótkim, wcieleniu „Europy” jako obszernego miesięcznika idei. Należące do byłego naczelnego „Dziennika” Wydawnictwo Czerwone i Czarne, mimo niedługiej historii, również zdążyło silnie się zaznaczyć w polskiej debacie intelektualnej, wydając książki ważne, dyskutowane i popularne, by wspomnieć tylko biografie braci Kaczyńskich lub Kulisy Platformy Janusza Palikota. Jednak to zmierzenie się z historią Polski po 1989 roku, ów skrzący bezlitosną logiką esej, będący komentarzem do próby obiektywizujących kronik historycznych, może okazać się prawdziwym tour de force tego autora. Zaplanowany na trzy tomy projekt rozpoczyna analiza wydarzeń z lat 1989-1995 (w tomie drugim Krasowski zamierza opisać okres wzlotu i upadku imperium postkomunistów z SLD, trzeci dotyczyć ma powrotu do władzy prawicowej części obozu solidarnościowego).

Główna teza książki nie jest radykalna – pozbawiona przez pół wieku prawa do samostanowienia elita stworzyła w początkach lat 90. zbiór nieprzydatnych kategorii pseudopolitycznych, które uniemożliwiały jej sprawne rządzenie. Zbiór egoizmów i przesądów ekipy solidarnościowej doprowadził do legislacyjnego paraliżu. Faktycznym ukoronowaniem błędów tej formacji nie są jednak powracające w zmanipulowanej postaci mity założycielskie. Katastrofą jest ustrój, rozbijający władzę wykonawczą na kilka (co najmniej dwa) silne podmioty. O skali powszechnej naiwności świadczy fakt, że brak jedności w obozie solidarnościowym jest demonizowany bardziej niż groteskowe prace nad konstytucją i ordynacją wyborczą. Rola bieżącej polityki wydaje się permanentnie przeceniana. Administrowanie krajem w pierwszych latach III RP poddane zostało władzy silniejszej, peryferyjna modernizacja Polski okazuje się zaś wynikiem ogólnej dynamiki zmian w regionie i roztoczenia przez Zachód parasola ochronnego dla rozwiązań przezeń sugerowanych. Dobry, profesjonalny polityk dąży do władzy kosztem zasad savoir-vivre’u, towarzyskich układów, ideologicznych wolt. Nie brzydzi się populizmem. Wręcz przeciwnie: populizm wykorzystuje i zagospodarowuje. Nie odrzuca żadnych narzędzi pozwalających mu na przetrwanie. Krasowski za nic ma moralistykę w polityce, co nie znaczy, że w swoim pragmatyzmie jest cynikiem. Usprawiedliwia Mazowieckiego, Olszewskiego czy Balcerowicza tam, gdzie empatii w ich ocenie brakuje czasem nawet ich ideowym zwolennikom. Brutalny makiawelizm nie tłumaczy u niego wyborów moralnych, jednak te w debacie publicznej nie mogą być kluczowe. Ciężko darzyć opisanych w książce polityków jakąś nienaciąganą antypatią. Nawet (a może zwłaszcza wtedy?), gdy z mechanizmów jednostkowej nieudolności Krasowski przechodzi do opisu mechanizmów historii; gdy Dostojewski ustępuje miejsca Heglowi.

Ciekawsze od głównych tez książki są jednak ich implikacje. Żaden rząd nie dysponuje i nie może dysponować etyczną legitymacją, pozwalającą mu na nadzór nad narracją historyczną. To nie spisek agentów i szpiegów doprowadził do długo projektowanego upadku gabinetu Olszewskiego po nocy teczek; „przyspieszacz z siekierą” nie niósł realnego zagrożenia autorytaryzmem, a niewydolność lewicowej czy solidarnościowej elity nie była wynikiem „układu”, a jedynie nieporadnością wynikającą z konstrukcji mentalnych. Oprócz wolności, demokracji i wolnego rynku Polacy zaczęli być uczestnikami zupełnie innej polityki, rządzącej się swoimi prawami. Zostali wrzuceni wprost w jej rwący nurt, do czego nie byli zupełnie przygotowani.

Na radykalizujące dyskursy Krasowski odpowiada chłodną wiwisekcją. Politycy III RP nijak nie wpasowują się w wizerunek kreowany dla doraźnych, bardziej lub mniej uświadomionych, partykularnych interesów politycznych. Ani Michnik, ani Kaczyński, ani Wałęsa nie są nadludzkimi demiurgami, a raczej podatnymi na środowiskowe czy klasowe uprzedzenia i resentymenty graczami, którzy wychodzą zwycięsko z potyczek tylko wskutek powstrzymywania tychże wad, często – dzięki wyrachowaniu i cynizmowi. W szkicowaniu bezlitosnej mapy ludzkich ograniczeń bliżej książce Krasowskiego do prozy; z logiki tej wymyka się jedynie Wałęsa. Oczywiście, jego ograniczenia są powszechnie znane: były prezydent, dysponując erudycją pozwalającą jedynie na rozwiązywanie krzyżówek, ośmielony wieloma trafnymi politycznymi intuicjami, zapragnął być prezydentem Europy – jak szydził w jednym z wywiadów Ludwik Dorn. Próba budowania modelu prezydentury na wzór francuski i chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności za ciężar modernizacji nie zostają poddane przez Krasowskiego tak zniuansowanemu filtrowi osobowościowemu, jak w przypadku pozostałych postaci sceny politycznej, choć w różnych partiach książki wylicza on konkretne wady ówczesnej głowy państwa, by wspomnieć choćby nadpęknięcie wałęsowskiej fasady już po upadku rządu Olszewskiego. Autor zdaje się też nie dostrzegać, jak duże ryzyko niosła niczym nie ograniczana prezydentura, skoro dekadę później analogiczna możliwość stworzenia mocnego systemu kanclerskiego wymknie się z rąk Jarosławowi Kaczyńskiemu – dysponującemu wszak wieloma zbieżnymi z Wałęsą przymiotami. Krócej: Krasowski zupełnie ignoruje wytracenie impetu i sprawnie prowadzoną akcję delegitymizacyjną. Nie daje (jeszcze?) odpowiedzi, która pozwoliłaby łatwo przełknąć zmierzch narracji o bohaterze posiadającym zarówno legitymację historyczną, jak i demokratyczną, który nastąpił wyjątkowo szybko i zdaje się oczywistym argumentem przeciw tezie o wyjątkowej wybitności Wałęsy. Wszystkie jego wady już wkrótce miały zostać rozegrane przez sprawniejszych graczy, którzy nie pojawili się znikąd, a wyczucia społecznego pulsu – podobnie, jak przywódca „Solidarności” – nie uczyli się z mozołem charakterystycznym dla większej części polskiej inteligencji potransfrormaacyjnej.

Drogę Wałęsy od głowy państwa do roli suweniru ze statku wycieczkowego przyjdzie pewnie jeszcze Krasowskiemu omówić na marginesach kolejnych tomów, warto jednak odnotować, jak łatwo przechodzi on do porządku dziennego nad kolejnymi klęskami byłego prezydenta: ignoruje lub lekceważy sprawę wizerunkowych porażek, nie mówiąc już o fiasku BBWR. Ogrywanie Kwaśniewskiego w gonitwie kompetencyjnej w roku 1994 traktuje jak sukces, w istocie jednak praca duetu Wałęsa-Falandysz nie przyniosła wiele ponad stworzenie poligonu doświadczalnego dla koncepcji metapolitycznych, nie tak znowu odległych w formie od tez Kaczyńskiego czy publicystyki Michnika. Autor przymyka też oko na fakt, że mimo słabości rządów solidarnościowych, prezydent nie pokusił się o żaden większy przewrót, a gwałtowne ruchy podejmowane przez niego w swojej obronie nie zawsze były jednoznacznie sprzęgnięte z interesem narodowym. Wałęsa jest potraktowany jako jednoznaczna ofiara nieporadnej sceny politycznej, choć czasem czytelnik nie może uniknąć wrażenia, że Krasowski chciałby uczynić z niego polityka, który może wszystko i jest obdarzony jakimś utajonym charyzmatem. I choć autor wielokrotnie wspomina o tym, że Wałęsa grał na innym boisku niż pozostali rozgrywający polityką, to nie stawia odpowiedzi na naturalnie pojawiające się pytanie: czy w tej sytuacji, wobec tak postawionych kryteriów ktokolwiek mógł choćby starać się mu dorównać? Moim zdaniem – nie. Były przewodniczący „Solidarności” swoją kadencję otrzymał niejako w prezencie, co skądinąd nie zaprzecza imponującej sile, jaką dysponował – zwłaszcza w początkach swojej prezydentury. Nie kwestionowali jej zresztą nawet jego najwięksi wrogowie. Rehabilitacja Wałęsy jako politycznego geniusza nie jest jednak czymś oczywistym nawet dla tych, którzy analizują publicystykę Krasowskiego od lat. To bezceremonialna i świeża teza, której karkołomność w znacznym stopniu można będzie ocenić dopiero po ukazaniu się trzeciego tomu.

Pytania, jakie przynosi zarys historii pierwszej połowy lat 90. nie zostają anulowane. Co by się stało, gdyby Wałęsa (który w starciu z Kwaśniewskim przegrał o milimetry) pozostał prezydentem i doprowadził do końca dzieło walki o system prezydencki? Z pewnością ciekawie patrzy się dziś na Pałac Prezydencki, którego najważniejszy lokator, pozbawiony większej politycznej podmiotowości, wyznaczony przez silnego premiera-kanclerza dla ukoronowania partyjnego pochodu, wydaje się zaprzeczeniem idei – słusznie bądź nie – przypisywanej przez Krasowskiego tylko Wałęsie. Co ciekawe, prezydent Komorowski otacza się właśnie tymi, którzy w początkach Polski popeerelowskiej mieli w zanadrzu najlepsze karty. O ważności debaty nad ustrojem przypomina też powracająca w nominacjach obecnego premiera na fotele ministerialne koncepcja „zderzaków”, będąca swoistym odbiciem wałęsowskiej koncepcji „premierów zderzaków”.

Podnosząca na duchu jest jedna z pobocznych konkluzji – zwłaszcza w kraju, gdzie realnym problemem jest gnostycka wiara w niedosięgalność i omnipotencję polityki; gdzie politycy są przedmiotem absolutnie namacalnej nienawiści i nieufności. Społeczeństwo bez wątpienia okres opisywany w książce wygrało. Z dala od polityki – jak zauważa autor; biegnąc w czołówce, podczas gdy państwo zaledwie posapywało w końcu sztafety składającej się na realną wartość odrodzonej Rzeczypospolitej.

Rozbicie pracy na trzy części utrudnia konsekwentną ocenę książki. Niewątpliwie jest to jednak praca fundamentalna dla przeanalizowania kluczowych mechanizmów rządzących Polską po przełomie. Odsączona z ideologicznej, prasowej publicystyki, stanowi lekturę obowiązkową niezależnie od poglądów na polską politykę.

Łukasz Łachecki


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044