Laurka dla teatru

Dodano: Sierpień 10 2016 przez admin

Krystyna Feldman, Światła, które nie gasną, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego / Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2016.

Krystyna Feldman miała ambicje literackie. Niestety, jej talent pisarski nie był równie wyjątkowy jak ten aktorski. Na szczęście artystka miała również świadomość swoich ograniczeń, dzięki czemu dziś pamiętamy ją jako wybitną odtwórczynię wielu ról drugoplanowych oraz wspaniałego Nikifora. Gdyby jednak życie potoczyło się inaczej, prawdopodobnie omawianej powieści nie traktowalibyśmy w kategoriach miłej ciekawostki, lecz nieudanego romansu z wielkomiejskim życiem w tle.

Może bardziej pasowałoby tu określenie – teatralnym życiem w tle. Wszystko przecież zaczyna się od próby generalnej, kiedy to jedna ze statystek obserwuje niezrozumiałą relację między powszechnie szanowaną aktorką Martą i jej szemranym przyjacielem o imieniu Romek. Oczywiście, Bianka nie jest jedyną osobą ze środowiska, która bacznie przygląda się perypetiom wspomnianej pary. Od plotek na temat tych dwojga huczy całe miasto. Skąd tyle zamieszania wokół niewinnego z pozoru związku? Otóż mąż Marty to bohater ostatniej wojny – zaginiony, jednak oficjalnie nigdy nieuznany za martwego. Przez Martę kochany i jednocześnie trochę niechciany. Osamotniona kobieta nie radzi sobie z obowiązkami, a w szczególności z dorastającą córeczką i wyjątkowo wredną teściową. Z pomocą przychodzi jej wówczas wspomniany przyjaciel, którego wspólni znajomi mają za niebezpiecznego oszusta i zdeklarowanego miłośnika alkoholi. Z kolejnymi spotkaniami ich relacja staje się coraz bardziej zażyła. Romek z wuja staje się nowym tatusiem dla dojrzewającej dziewczynki, a Martę namawia do uznania męża za zmarłego. Niestety, tu następuje „tragedia”. Pewnego dnia mąż powraca z wojny…

I tu też ukazują się w pełni wszystkie wady książki. Zupełnie zawodzi psychologia, postacie są szablonowe i pozbawione intensywniejszych barw, sytuacje mocno przewidywalne, niekiedy zaś sztuczne niczym teatralne dekoracje. Weteran wojenny okazuje się tak szlachetny, jakby był inspirowany panem Cogito. Marta swoją nijakością może zaskoczyć nawet największych męskich szowinistów. Roman natomiast ani na moment nie pokazuje czytelnikowi przyjaznego oblicza, tak samo zresztą jak teściowa bohaterki. Do tego zostajemy obarczeni całym szeregiem bohaterów drugoplanowych. Żaden z nich nie wnosi niestety nic do fabuły – wszyscy bezbarwni, banalni, papierowi.

Rzecz jasna, z prostych fabuł da się zrobić wielkie powieści lub przynajmniej dzieła przyjemne w odbiorze. Trzeba by tu jednak sprawności Pilcha bądź talentu Myśliwskiego. Nie sądzę bowiem, by Krystyna Feldman w dalszej części utworu pokazała swój prawdziwy warsztat, a w opublikowanym fragmencie (tylko tyle rękopisów odnaleziono) jedynie wodziła czytelnika za nos w ramach jakiejś niezrozumiałej gry. Podejrzewam, że tekst ten pochodzi z jej okresu juwenilnego i jednocześnie senilnego, jeśli mowa o karierze literackiej. Czy został odrzucony przez rynek, czy też pomysł porzuciła sama autorka – trudno ocenić i chyba nie ma to większego sensu.

Trochę szkoda zmarnowanego potencjału. Moje wątpliwości budzą zwłaszcza dwie kwestie. Po pierwsze – książka, traktowana jako środowiskowa ciekawostka, zyskałaby z pewnością na atrakcyjności, gdyby mniej miejsca poświęcić nieudolnie prowadzonej fabule romansowej, a więcej przeznaczyć na świat teatralny. Pani Krystyna znała go przecież od podszewki. Czytelnik nie dowie się jednak zbyt wiele o specyfice pracy na scenie, problemach bohemy czy kulturowym zapleczu powojennego Poznania. Dostajemy jedynie szkic i to tak mało wyrazisty, jakby jego autorką była osoba znająca teatr (co najwyżej) ze szkolnego elementarza. Po drugie – brak w powieści wyraźnego biografizmu, co dla niektórych również może być wadą. Czy zbiór anegdotek o Izabelli Cywińskiej lub Stanisławie Brylińskim z punktu widzenia czytelnika nie byłby znacznie bardziej interesujący niż opowieść o losach zbanalizowanej aktorki plotkarki, aktora cynika i szlachetnego weterana wojennego?

Z żalem piszę te słowa, bo ostatecznie Światła… nie zostały wydane przez mainstreamową oficynę, a jedynie staraniem instytucji lokalnej, która chciała w ten sposób upamiętnić nazwisko wybitnej artystki. Dobrze, że zapiski te się ukazały (mimo wszystko), bo dla przyjaciół aktorki z pewnością staną się miłą pamiątką. Dla miłośników teatru będzie to natomiast dowód, że kiedyś artyści mieli więcej skromności i jeśli na jednej drodze nie potrafili się odnaleźć, szukali innej, by tak stworzyć swoją legendę. Pani Krystyna ewidentnie dokonała rzeczy wielkich jako aktorka i za to bądźmy jej wdzięczni.

Łukasz Kamiński


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044