96-procentowy roztwór frustracji

Dodano: Lipiec 22 2016 przez admin

Jacek Dehnel, Krivoklat, czyli ein österreichisches Kunstidyll, Znak, Kraków 2016.

O tym, że Jacek Dehnel jest sprawnym pisarzem, nie trzeba zapewniać – o jego talencie, świetnym słuchu i poczuciu humoru, a także wrażliwości można przekonać się, czytając Saturna, Balzakianę czy też wiersze. Niedawno wziął na warsztat postaci kobiece, czyli stworzył wraz z Piotrem Tarczyńskim fikcyjną autorkę kryminałów retro Marylę Szymiczkową i sam – apokryficzną Matkę Makrynę. Od dawna Dehnel sięga po różnego typu zabiegi prze-pisywania literatury, właściwie nie dziwi więc kolejny krok w tym samym kierunku: pastisz twórczości Thomasa Bernharda.

Krivoklat, czyli ein österreichisches Kunstidyll to opowieść o człowieku pełnym frustracji, żalu i pogardy dla społeczeństwa nieumiejącego obcować ze sztuką. Jest on wieloletnim pacjentem zakładu psychiatrycznego Centrum Medyczne Zamek Immendorf, z lekkich zaburzeń natury psychicznej mieszczących się właściwie w normie doprowadzony do ciężkiej choroby – lub odwrotnie, zależnie od punktu widzenia. Krivoklat to także miłośnik sztuki, jednakże okazujący swą miłość iście po bernhardowsku: tak jak bohaterowie Bernharda z miłości do ojczyzny zalewali ją falą krytyki, tak Krivoklat największe dzieła malarstwa oblewa 96-procentowym roztworem kwasu siarkowego. Jedyne jednak, co osiąga, to przydomek Kwasowego Wandala i informacje na temat materialnych strat ponoszonych przez poszkodowane muzea.

Odtworzenie stylu Thomasa Bernharda – mnogości powtórzeń, wielopiętrowych zdań, hiperbolizacji, specyficznej melodyjności fraz – nie jest trudne dla zdolnego pisarza, a Jacek Dehnel niewątpliwie jest zdolnym autorem. Czytając Krivoklata, wiemy doskonale, że czytamy pastisz Bernharda, widzimy, jak jest zrobiony; odnajdujemy zabiegi na poziomie narracji, budowy zdań, ale i samej treści, które cieszą, ponieważ są grą. Odtworzone zostały nawet rozwiązania edycyjne, takie jak wyróżniania kursywą niektórych szczególnych zwrotów. Niestety wszystko to, co do bólu prozę Austriaka przypomina, jednocześnie tak bardzo książkę Dehnela od niej oddala.

Zostajemy rzuceni na głęboką wodę zdaniem zajmującym całą stronę: „Nie boi się pan, zapytał mnie kiedyś jakiś dziennikarz po jednym z procesów, że jak pan tak niesie ten kwas siarkowy w butelkach, to on panu gdzieś wycieknie i pana poparzy, a ja odpowiedziałem, że dla sztuki trzeba się czasem poświęcić, co poszło jako nagłówek, wytłuszczonym, powiększonym drukiem, ale tak naprawdę jest z tym pewien problem, bo przecież butelki muszą być z jednej strony szczelnie zakręcone, z drugiej w każdej chwili gotowe do tego, żeby je odkręcić, wyjąwszy je, precyzyjnym, szybkim ruchem z kieszeni płaszcza lub kurtki, choć od lat już właściwie wyłącznie płaszcza, za kurtkami nie przepadam od czasu porażki w sali z Przymierzającą perły Vermeera w Dahlem Museum w Berlinie, kiedy butelka wysunęła mi się przedwcześnie z kieszeni i strażnik kategorycznym tonem skierował mnie do szatni, bowiem pod żadnym pozorem nie wolno wnosić żadnych płynów do sal muzealnych, przecież równie dobrze mógłby pan w tej butelce wnieść kwas siarkowy i próbować zniszczyć jeden z obrazów, powiedział, przez co na całe lata nabawiłem się urazu do tej sali, a właściwie do całego Dahlem Museum w Berlinie i nigdy już nie próbowałem stanąć przed Przymierzającą perły, by precyzyjnym, szybkim ruchem odkręcić butelkę i oblać Vermeera kwasem siarkowym względnie oblać przy jednej okazji kilka obrazów, co zależałoby od refleksu najbliżej stojącego strażnika albo od pozostałych zwiedzających, którzy na ogół wolą nie ryzykować, sądząc, niebezpodstawnie, że jestem tak zwanym wariatem” (9–10). I od początku możemy podejrzewać, że powieść, którą mamy przed sobą, będzie przede wszystkim popisem erudycji i prezentacją warsztatu pisarskiego. Nie można odmówić Krivoklatowi prób mediacji pomiędzy autorem i czytelnikami: krytyka relacji współczesnego człowieka ze sztuką wyziera z każdej strony; nie brakuje także (bardzo celnej) oceny dzisiejszego dziennikarstwa oraz diagnozy uwikłania ludzi w systemy, w tym w krępujące więzy rodzinne i szeroko rozumianą mentalność grup społecznych. Dowcip, chwilami ostra ironia, zwykle są atutami, lecz w tym przypadku sprawiają, że trudno postulaty zawarte w Krivoklacie brać na poważnie, podobnie jak samego bohatera. O ile u Bernharda przerysowanie wzmacniało przekaz, o tyle w wykonaniu Jacka Dehnela przysłania ideę.

Znajdziemy tutaj też naprawdę dobre fragmenty, jak choćby wspaniała synteza naszego mieszczańskiego (kołtuńskiego, chciałoby się powiedzieć) spojrzenia na malarstwo: „Tycjan, potężne pociągnięcia pędzla, Leonardo, imponująca siła geniuszu, Botticelli, nieziemska słodycz, Rembrandt, najwspanialsze impasty w historii sztuki, Vermeer, iście fotograficzna precyzja…” (30) itd. Chwilami narrator, choć pragnie leczyć społeczeństwo kwasem siarkowym, trafia w punkt. Jego spostrzeżenia zawarte w dwustutrzydziestostronicowym monologu są trzeźwą diagnozą. Obraz społeczeństwa, w którym odrzuca się jednostki wartościowe, wyróżniające się, a po prostu inne, ceni się natomiast powierzchowność i miałkość, naprawdę smuci.

Krivoklat nie jest pierwszym w najnowszej literaturze polskiej starciem z autorem Wymazywania. W 2012 roku ukazały się Trociny, powieść Krzysztofa Vargi będąca próbą przeszczepienia berhardowskiej krytyki na rodzimy grunt. Ani jeden, ani drugi utwór nie sprawił, że z ich lektury wyszłam w jakiś sposób zmieniona. Być może Bernharda należałoby zostawić w spokoju i spróbować wypracować własne narzędzia do powiedzenia tego, co nas boli, frustruje, złości we współczesnym społeczeństwie.

Anna Zatora


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/kmcieslik/domains/literatki.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1044